Kacper Ziejewski

20 lat nauki angielskiego i nadal bała się mówić. Dlaczego sama gramatyka nie wystarczy?

Ty, stary, muszę ci opowiedzieć o Marcie, bo mnie autentycznie krew zalewa, jak na to patrzę. Dziewczyna od ponad dwudziestu lat walczy z angielskim. Czaisz to? Dwadzieścia lat! I wiecznie rozbija się o te same, pozorne bzdury. Przecież od tego można dostać totalnego pierdolca. Wszystko brzmi prawie tak samo, wygląda podobnie, a diabeł tkwi w takich niuansach, że łeb pęka.

Słuchaj, z tymi słówkami to jest w ogóle hit

Weź to na logikę: like to lubić albo „jak”, dislike to nie lubić, a nagle wyskakuje ci jakieś unlike, które wywraca całe zdanie do góry nogami. Marta mi pokazała zadanie z kserówki, gdzie kazali jej uzupełnić konstrukcję zaczynającą się od „Unlike everybody she…”. I weź to dokończ bez zawału!

Wyszło z tego coś w stylu: „Unlike everybody, she decided to scream out her frustration and burn those stupid textbooks” (w odróżnieniu od wszystkich, postanowiła wykrzyczeć swoją frustrację i spalić te durne podręczniki). Dla niej to jest totalna abstrakcja. Ktoś ten język chyba wymyślił tylko po to, żeby torturować ludzi.

Cyfrowy „Dzień Świstaka”

Najgorsze, że ona naprawdę się starała. Żadne tam obijanie się. Kuła po nocach, przerobiła tony tradycyjnych kserówek, grube księgi z gramatyką… A potem pomyślała, że technologia jej pomoże. Jakieś tutory, aplikacje, ten cały Memrise. I to był dopiero strzał w kolano.

Te programy działają tak bezdusznie, że jak zrobisz jeden mały błąd, to system od razu cofa cię do początku i tłuczesz to jedno nieszczęsne słówko w kółko. Klikasz, mylisz się, system cię karze, a ty masz ochotę rzygać, bo od miesięcy widzisz na ekranie to samo, a efektów zero.

Chora loteria zamiast nauki

A szkoły językowe? Stary, to jest największa patologia. Zapisała się na roczny, drogi kurs. Myślisz, że pogadała sobie po angielsku? Gdzie tam! Przez okrągły rok wałkowali tylko jedno: jak zdać testy pod klucz.

Pokazała mi przykład z ogłoszeniami o pracę z tych jej materiałów. Miała cztery różne teksty i musiała znaleźć ten, który mówi o warunkach zatrudnienia. Marta przeczytała wszystko, zrozumiała każde pojedyncze słowo, idealnie. I wiesz co? Dalej nie miała pojęcia, co zaznaczyć! Bo we wszystkich czterech ogłoszeniach były jakieś warunki pracy – w końcu to ogłoszenia o pracę, no nie? Cała sztuka polegała na tym, żeby zgadnąć, co autor tego durnego testu miał akurat na myśli.

Językowe foie gras

I wiesz, co w tym wszystkim boli najbardziej? Ona ten końcowy egzamin zdała. Dostała papier, wynik super. Ale postaw przed nią żywego człowieka zza granicy – i koniec. Dziewczyna ma totalny paraliż, nie potrafi wykrztusić słowa. Ostatnio siedziała naprzeciwko mnie i mówi z takim potwornym żalem:

„Dlaczego oni mnie zawalili tysiącem tekstów i setkami stron gramatyki, skoro ja dalej nie umiem rozmawiać?”

I ja ją doskonale rozumiem. Przecież ludzie potrzebują kontekstu, życia, jakichś emocji! A to, co z nią zrobili przez te lata, to było czyste okrucieństwo. Jak karmienie gęsi na siłę, żeby zrobić z nich foie gras. Dokładnie tak! Takie brutalne tuczenie, tyle że u niej wpychali jej do gardła suchą gramatykę, wyłącznie pod testy. Chcieli z niej na siłę zrobić orła językowego, a wyszedł z tego zwykły, rozjechany pasztet z potężną barierą. No szlag człowieka trafia.

Autor Kacper Ziejewski

Ojciec założyciel Tongue-Twister.