Siedzieliśmy u mnie w gabinecie, tuż nad stacją metra Świętokrzyska. Przez wielką szybę dawało po oczach światło z Pałacu Kultury, a podłoga co parę minut lekko wibrowała, gdy dołem przejeżdżał pociąg.
Było grubo po 21:00. Mieczysław, 55-letni senior od JS-a i Ruby, właśnie skończył środową grupę. Za kawą jakoś nie przepada, więc standardowo okupował mój fotel, chrupał słone paluszki i zapijał to zimną colą.
Zestaw średnio zdrowy, no ale widać było, że po półtorej godziny intensywnego gadania ta cola wchodzi mu jak złoto.
„Słuchaj, Kacper, weź z tego zrób jakiś wpis czy coś” – rzucił nagle. „Niech młodzi poczytają, jakim byłem, za przeproszeniem, durniem. Pierdzielę, może komuś to otworzy oczy”.
Angielski ze słownika, czyli początek problemów
Mieczysław pochodzi z Różanki na Lubelszczyźnie, z ulicy Kresowej. „Panie, toż to prawie Ukraina” – śmieje się często.
Za dzieciaka kompa nie miał. Wkręcił się dopiero, jak u dzianego kumpla zobaczył „Monster Maze” na ZX81. Kodził na sucho, w zeszycie w kratkę.
I tam, w tych latach osiemdziesiątych, wyhodował sobie największego demona – angielski. Uczył się go z manuali i z grubaśnym słownikiem na kolanach.
„Mój młody, Michał, studiuje informatykę i nadaje po angielsku, kurde, jak rodowity nowojorczyk. Chłonie to z YouTube’a, z gier, w locie. A ja? Znałem słownictwo, pisałem skrypty z zamkniętymi oczami… Ale jak przychodził call z Londynem, zamieniałem się w słup soli”.
Choć w sumie to nie tylko to. Weźmy takie idiomy. Dla człowieka, co się uczył ze słownika, to był czysty „syntax error”.
Kiedyś brytyjski PM rzuca na koniec:
„Great idea, let’s touch base after lunch”.
A Mieczysław blady:
„I don’t have admin access to the production base, I cannot touch it!”
O mało nie oplułem go colą, jak to usłyszałem z jego ust na naszych pierwszych zajęciach.
Angielska wymowa – kiedy „queue” staje się „kłe-łe”
„Albo, czekaj, gorzej! Wymowa!” – Mieczysław aż się zapalił.
Przez lata był święcie przekonany, że „apple” to EJPYL. Na co dzień na swoim rewirze operował „kłe-łe” na queue, „kacze” na cache i oczywiście „szudo”.
O mało nie spadłem z krzesła.
„Czekaj, serio powiedziałeś na daily kłe-łe?” – zapytałem, krztusząc się ze śmiechu.
„No a jak miałem powiedzieć? Przecież tak się to pisze!” – oburzył się lekko.
Kiedyś na retro wypalił z dumą do chłopaków z UK:
„I spent two hours putting all user requests into the kłe-łe”.
Zapadła taka cisza, że słyszał szum rozkręcających się wentylatorów w laptopie. Zanim ogarnęli, że nie wymyślił nowego frameworka, tylko chodzi mu o zwykłą kolejkę, minęła wieczność.
Sheet czy shit? Jeden dźwięk, wielka różnica
„Albo, czekaj, gorzej! Wymowa długich samogłosek! Koszmar”.
Raz pilnie potrzebował arkusza od babki z USA. Wbił na calla:
„Could you send me this data shit as soon as possible?”
Zamilkł na chwilę, popatrzył w okno i machnął ręką.
Ale na tym się nie skończyło. Po grobowej ciszy na łączach postanowił doprecyzować, po inżyniersku:
„I mean, the big Excel shit with all the financial columns!”
Pot po plecach mu spłynął, jak w końcu dotarło do niego, co palnął.
Zresztą nawet zwykły small talk był dla niego koszmarem.
Kiedy Amerykanin zagadywał: „How are you doing today, Mitch?”, Mieczysław wypluwał poranny status systemu:
„My lumbar spine hurts, weather is dark, blood pressure 135 over 85, system is stable”.
Nigdy więcej nikt z firmy nie zapytał go, co u niego.
A kiedy gubił wątek, patrzył w ścianę i mówił:
„Wait, my buffer is full. Kill process and restart”.
Wstyd dławił go za każdym razem, gdy musiał odmutować mikrofon.
Dlaczego dosłowne tłumaczenie z polskiego nie działa?
Mieczysław budował zdania jak prosty skrypt: if-then.
Chciał być miły, więc przetłumaczył sobie polskie „z góry dziękuję” i wypalił:
„Please fix this bug, I thank you from the mountain!”
Goście chyba myśleli, że nadaje z Gubałówki.
Kiedy indziej zapytał:
„Can someone throw an eye on my pull request?”
Młody koder z Londynu odpisał mu, że wolałby zatrzymać oczy w oczodołach, ale spoko, zerknie.
Były jeszcze idiomy.
Na retro Scrum Master mówił, że muszą bite the bullet i przepisać backend. A Mieczysław przez następne dwadzieścia minut googlował, czym jest nowa biblioteka „bullet” i po co mają z nią walczyć.
Fałszywych przyjaciół też zaliczył.
Ktoś pyta, czy wszystko gotowe na dzisiejszy update. Mieczysław, myśląc o polskim „aktualnie”, rzuca:
„Actually…”
Dla PM-a zabrzmiało to jak potwierdzenie. Sukces ogłoszony, a Mieczysław o 17:00 zamknął laptopa i poszedł do domu, mimo że testy jeszcze leżały.
Zostawił tykającą bombę.
Jak przełamać barierę mówienia po angielsku po pięćdziesiątce?
Właśnie na tym skupiamy się podczas naszych kursów angielskiego dla dorosłych – na prawdziwych rozmowach, a nie tylko na zapamiętywaniu regułek.
„Próbowałem to wcześniej jakoś ogarnąć, wiesz? Zapisywałem się na różne kursy, ale co z tego. Za stary jestem już na to. A ja znałem te słowa, ja nie chciałem być maszyną do gramatyki, ja chciałem po prostu w końcu normalnie otworzyć gębę!”
Spojrzał na mnie i pokiwał głową.
„Dobrze, że w końcu trafiłem do ciebie. Pamiętasz pierwszą lekcję? Myślałem, że cię uduszę. Zjechałeś mnie wtedy z góry na dół za to moje poprawianie się. Kilka razy miałem na końcu języka wiązankę i chciałem trzasnąć drzwiami, bo myślałem: »za stary na to jestem«. Ale w tym szaleństwie była metoda. To, że zmusiliście mnie do gadania na żywo, uratowało mi tyłek”.
I faktycznie, Mieczysław nie odpuścił.
Przez te miesiące zauważyłem, że jego potężny, bierny zasób słów z dokumentacji IT nagle zaczął pracować na jego korzyść. Piach z trybów zniknął. Szło mu to wszystko coraz gładziej.
Zaczęliśmy się powoli zbierać. Mieczysław założył kurtkę, rzucił okiem na nocną Warszawę za oknem i powiedział:
„Wiesz, Kacper, kiedyś miałem wrażenie, że jak tylko otwieram gębę, to kaleczę ten język tak, że uszy więdną. Ale wiesz co? Teraz to mi to po prostu wisi. Grunt, że się dogadujemy. Dobra, zbieram się, bo zaraz mi ucieknie ostatnie metro na Młociny. Jutro rano mam calla z tymi z Londynu, muszę być rześki”.
Rzucił pustą puszkę po coli do kosza i wyszedł, nie zamykając do końca drzwi.