Czy AI zastąpi nauczyciela angielskiego? Ostatnio miałem okazję przekonać się, dlaczego odpowiedź na to pytanie wcale nie jest taka oczywista.
Kojarzycie ten gwar w warszawskich Koszykach? Byłem tam ostatnio na kawie i wpadłem na jedną z moich dawnych kursantek, Agnieszkę. Obserwowałem z daleka, jak jakiś obcokrajowiec zagadał do niej, prosząc o wolne krzesło. I wiecie co? Zareagowała tak naturalnie, z takim luzem, że aż się uśmiechnąłem pod nosem. Bo pamiętam, jak bardzo ją to kiedyś paraliżowało.
Agnieszka to świetna, mądra babka, około pięćdziesiątki, pracuje w kulturze. Ma tam na co dzień do czynienia z ludźmi z całego świata. Kiedy spotkaliśmy się na pierwszych zajęciach w Tongue-Twister, przyznała mi się ze wstydem, że w pracy po prostu milknie. Młodsze dziewczyny z biura rzucają żartami po angielsku na luzie, a ona w głowie analizuje gramatykę, układa po polsku jedno proste zdanie i… nic. Cisza. Pustka w głowie. I znowu to samo. Ostatecznie nie odzywa się wcale, bo boi się błędu.
Pamiętam, jak nieraz zacinała się na prostym słowie „comfortable”. W szkole miała tylko rosyjski, więc w ogóle brakowało jej bazy.
Próbowała to wcześniej jakoś przeskoczyć. Zaczęła od zwykłej szkoły językowej, ale jak sama mówiła, zasypiała nad uzupełnianiem luk w kserówkach. Z mówieniem nie miało to nic wspólnego. Potem ściągnęła tę popularną aplikację z sową, próbowała pisać z jakimiś chatbotami.
„Kacper, ta sowa nie widzi, jak się pocę ze stresu. Telefon mi nie pomoże, jak mnie zżera strach przed żywym człowiekiem”.
I miała 100% racji. Język to przecież emocje.
Kiedy zaczęliśmy uczyć się naszą metodą Direct, na początku bywało ciężko. W tej metodzie nie ma czasu na ciszę i tłumaczenie w głowie. Cały czas gadamy, ja zadaję pytania w sporym tempie, a kursant musi od razu odpowiadać. Sam czasem miałem dość tego narzuconego tempa, ale wiedziałem, że nie możemy odpuścić.
Była w szoku, ale o to właśnie chodziło – żeby wyłączyć ten jej wewnętrzny, polski „kalkulator gramatyczny”. Umawialiśmy się na prostą rzecz: jak się zacinała, nie robiłem jej wykładów z gramatyki, nie poprawiałem czerwonym długopisem, tylko z uśmiechem podrzucałem jej pierwsze słowo, żeby sama mogła pociągnąć zdanie dalej.
Chodziło o to, żeby poczuła się bezpiecznie.
Z lekcji na lekcję widziałem, jak puszcza z niej to napięcie. Często wychodziła z zajęć zmęczona (bo metoda Direct naprawdę wyciska z człowieka siódme poty), ale widziałem, że ma satysfakcję.
Przestała uczyć się języka, a zaczęła nim po prostu rozmawiać.
Dlatego kiedy patrzyłem na nią w tych Koszykach, podszedłem do niej na chwilę, zamieniliśmy parę słów. I to był dla mnie najlepszy dowód, że ta cała nasza orka miała sens.