Miałem na kursie Jolę, świetną księgową, która w pracy totalnie paraliżowała się przy angielskim.
Jola to 50-letnia pracownica księgowości. Babka z potężnym doświadczeniem, ale w jej firmie na warszawskiej Domaniewskiej, w samym sercu Mordoru, presja urosła do tego stopnia, że spotkania z zarządem nagle zaczęto prowadzić po angielsku.
Zamiast brać w nich udział, wolała po prostu siedzieć i potakiwać. Złośliwi koledzy z biura śmieli się za jej plecami, opowiadając o jej irytujących nawykach:
„She will always nod”.
Ona sama dusiła w sobie potężną frustrację. Kiedyś, pamiętam, wypaliła do mnie:
„Kacper, cholera, ja już nie mogę z tym! Gość wypluwa z siebie setki słów na zebraniu, a u mnie w głowie jest po prostu pustka, słyszę szum, jakby mi z głośników leciało jakieś disco polo”.
Raz manager zapytał ją znienacka o amortyzację, a ona poczuła, że dosłownie zapada się pod ziemię i wydusiła z siebie tylko żałosne, ciche „Yes”.
Kiedy używamy WILL w języku angielskim?
Wiedziałem, że wkuwanie suchych regułek u nas w Tongue-Twister nie przejdzie. Zresztą uczymy metodą Direct – staramy się przesuwać te bariery na żywo.
Kiedyś na zajęciach tłumaczyliśmy will jako sposób wyrażania spontanicznej decyzji, podejmowanej w ułamku sekundy, tu i teraz.
Joli szło opornie, ciągle się wahała. W końcu rzuciłem jej absurdalną sytuację: „Wyobraź sobie, że jesteś na wakacjach i kelner proponuje ci coś, czego nigdy wcześniej nie próbowałaś. Co odpowiesz?”.
A Jola nagle poderwała się z krzesła i krzyknęła:
„I will try it!”
Chyba wreszcie zaczaiła, więc szybko zapytałem, co zrobi później. A ona wypaliła:
„I will order another one!”
Z takim błyskiem w oku, że aż sama się zaśmiała. W końcu załapała całą strukturę.
Od teorii do prawdziwego życia
I wiesz co? Zaczęła tego używać, ale w takich totalnie życiowych, brudnych sytuacjach.
Któregoś dnia wyszła z domu za późno. Biegła do tramwaju jak szalona, jedynie zdążyła włożyć nogę do środka, a drzwi już się zamknęły.
Ale nie odpuściła, nie chciała się spóźnić. Jak mi później opowiadała, krzyczała w myślach, a może i nie tylko:
„I’ll take this tram!”
Kierowca się zlitował, wyszedł, zbluzgał ją od wariatów, ale wsiadła do tego tramwaju i nie spóźniła się do roboty.
Jak przełamać strach przed mówieniem po angielsku?
Tylko żeby było jasne – to nie była żadna magia, że ona z dnia na dzień stała się twardzielką rzucającą z uśmiechem angielskimi żarcikami z podręcznika.
Droga Joli wcale nie była prosta. To był mozolny proces. Z każdym razem drobne kroki, strasznie dużo czasu i pracy własnej.
Na początku mówiła z potwornie drżącym głosem. Ale na naszych zajęciach powoli nabierała pewności siebie. Często zostawała po lekcjach podpytać o takie tam pierdołki językowe – no wiecie, nie tylko takie, co w książkach są.
Z miesiąca na miesiąc coraz odważniej podchodziła do obcokrajowców u siebie w pracy i zaczynała z nimi prowadzić ten swój pierwszy, niezdarny small talk.
Aż w końcu nadszedł taki moment, kiedy szefostwo znowu zaczęło cisnąć i domagać się jakichś pilnych rozliczeń.
Jola nie uciekła wzrokiem. Nie próbowała na pamięć recytować sztywnych księgowych zwrotów, które wcześniej sobie wyryła w zeszycie.
Spojrzała na przełożonego i z pełnym spokojem powiedziała:
„I’ll send you the report tomorrow”.