Słuchajcie, no nie uwierzycie, co rano odwaliło na Świętokrzyskiej. Myślałem, że po kawie będę już kontaktować, ale to, co zobaczyłem, wybiło mnie z butów bardziej niż podwójne espresso.
Wychodzę z metra, klasyczny poniedziałkowy zgon, w głowie tylko lista rzeczy „na wczoraj” i szukanie karty w czeluściach kieszeni… i nagle stop. Przed Pałacem stoi gość. Wyglądał jak wyjęty z innej bajki: melonik, flaga UK na plecach – no, ewidentnie go poniosło z stylówką. Ale to nic. Gość nagle, jak gdyby nigdy nic, wyjmuje z torby… żywego kota. I puszcza go centralnie w to największe stado gołębi, jakie tam było.
No dym był nie do opisania. Pióra wszędzie, turyści w popłochu, totalny armagedon. Stałem tam jak wryty i jedyne, co mi przyszło do głowy, to to brytyjskie „put the cat among the pigeons”.
U nas mówi się o wkładaniu kija w mrowisko, ale umówmy się – ten kot z gołębiami lepiej oddaje ten moment, kiedy rzucasz jeden tekst i nagle wszystko płonie. To ten sam vibe, co wypalenie przy niedzielnym obiedzie, że sernik cioci jest „taki sobie”. Nagła cisza, a potem wybucha awantura, a Ty tylko patrzysz, co się dzieje.
Podobno to wzięło się od jakichś znudzonych oficerów w Indiach, którzy puszczali koty do wolier dla rozrywki. Strasznie słabe, fakt, ale w języku zostało jako synonim robienia konkretnego zamieszania.
I właśnie o to nam chodzi w Tongue-Twister. Mamy już szczerą alergię na te drętwe podręczniki, z których nikt nigdy nic nie zrozumiał. My uczymy tak, żebyście gadali jak ludzie, a nie jak roboty. Chcemy, żebyście na zajęciach sami czasem „włożyli ten kij w mrowisko”, dopytali o co chodzi i sprawdzili, jak ten angielski działa w prawdziwym życiu, a nie w tabelkach.
Wpadajcie do nas na Świętokrzyską 20 (pokoje 410 albo 309 – dosłownie dwa kroki od wyjścia z metra). Pogadamy przy kawie, bez spiny i bez durnych regułek na blachę. Nawet jak się spóźnicie przez gołębie pod Pałacem – luz, zrozumiemy. Do zobaczenia!